rower i majówka

Nietypowo zacznę od siebie. Bo początek weekendu majowego to pierwszy od 3 lat wyjazd bez rodziny w celach czysto rekreacyjnych. Kierunek - Berlin. Nie, nie będę tu zamieszczać typowej podróżniczej relacji (wszystkie internetowe must-see zostały szyderczo wyśmiane przez naszą uroczą gospodynię, nie ma co się więc narażać). Napiszę tylko tyle, że powolne zwiedzanie z dziećmi ma w sobie połowę tej przyjemności co powolne zwiedzanie bez dzieci. Mimo pokus sceny electro, mimo skitranych przez Niemców cudów starożytnego Egiptu - generalnie chodziło o włóczęgę. Po ulicach, parkach, sklepach z tym jedynie uatrakcyjnieniem, że na rowerze.

I to urowerowienie naprawdę jest świetne. Każda barierka, każdy słup dosłownie "oblepione" są rowerami a wypożyczalnie można znaleźć (przynajmniej w dzielnicy, gdzie mieszkałam) co 200 metrów


W czterodniowym wydaniu miasto to sprawia wrażenie - wolniejszego, bardziej nastawionego na rozrywki, bycie na zewnątrz. Nic dziwnego, że Warszawa łakomie spogląda w tę stronę. Ale nie oszukujmy się, aby te wszystkie lokale nie padły, potrzeba większej populacji ludzi, chcących zostawiać w nich kasę - a do tego, siłą rzeczy nam daleko.




A dalej w temacie rowerowym - zrobiły na mnie wrażenie maszyny do przewozu dzieci. Żadne tam standardowe przyczepki. Riksze! I to w różnym stylu.




Dzieci widać na ulicach. Najczęściej w wersji outodoorowej - przytwierdzone do pojazdów rodziców lub na własnych śmigaczach - biegowych i większych. Na placach zabaw lub w witrynie klubików. Nie słychać krzyków i histerii. Nie wiem, może dlatego, że to Niemcy - albo odwołując się jeszcze raz do mądrości naszej gospodyni "jak je wytrzęsą w ciągu dnia w tych budach na powietrzu, to potem są spokojne". No chyba coś w tym jest.


 Że niby Kreutzberg - a jak się okazuje kompletny kidyland - lodziarnia, huśtawka, klubiki, komisy z zabawkami (używana Haba!) Stety, niestety radar matki pracuje w tę stronę (zamiast namierzać galerie sztuki)




Place zabaw mają to do siebie, że są piaszczyste, mają dostęp do wody, a ten nawet miał małe zoo z królikami.



A to taki "plac zabaw", gdzie dzieci i nastolatki pielą, rąbią, budują, wypalają z gliny. Wygląda to jak kwatera Piotrusia Pana. A, rodzice instalowani są w kąciku dla rodziców i mają nie przeszkadzać:)

To teraz czas na część drugą. Majówka była o tyle w opcji de luxe, że po moim powrocie pojechaliśmy już wszyscy razem do Białowieży. I tu znów tematem przewodnim był rower, bo oto podczas mojej nieobecności (a jakże!:)  Lucynda dokonała przełomu i przesiadła się na dwa pedały. I skutecznie na krótkich dystansach goni peleton!


Jędruś w tym czasie rozwija prędkości na rowerku biegowym. Sposobem na kryzysy okazał się pasek od spodni w nowym ujęciu:)



No cóż... Cały tydzień był fantastyczny...






A dziś - na fali entuzjazmu - poranna podróż rowerami do przedszkola. Dystans - 2 km!


Komentarze

  1. a na tym placu zabaw z owadami, to można spotkać nas :) ale to raz na dwa miesiące :)
    pozdrawiam! fajowy brzuch :) rozumiem, że wszystko ok i samopoczucie dobre, tak? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A te owady to gdzieś w okolicach Gorlitz Parku, tak? Bo sama już nie pamiętam. Samopoczucie ok - chociaż poczułam zmianę temperatury:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a bo ja wiem, czy w w okolicach Gorlitz Parku? :D gdzieś tam niedaleko od moich rodziców, na piechotę tam łazimy :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za komentarz! Miło wiedzieć, że czytasz:)

Popularne posty