Spotkanie z ciemną stroną
Będzie o trudnym doświadczeniu, które we mnie siedzi. Jednocześnie nie umiem, o tym milczeć.
Trzeba zacząć od tego, że spędzamy chwilowo czas pod Warszawą. Postanowiłam spenetrować lokalny plac zabaw. Wchodzimy, nogi do piaskownicy, matki od razu podejmują rozmowę - że plac od niedawna, a ten stacje dalej to nawet fajniejszy, że komary, a ile synek ma - miło. Myślę nawet sobie, że to chyba właśnie jest ta społeczność lokalna co się nią zawodowo zajmuję a że u nas - bliżej centrum tej interakcji piaskownicowej jakoś mniej. Wchodzą kolejne osoby, wśród nich ojciec na rowerze z synem w foteliku. Syn biegnie na huśtawki, ojciec wyciąga książkę - jest dobrze zbudowany i ma fajną koszulkę piłkarską. Myślę sobie, że miło tak poczytać.
Gadki nad piachem toczą się dalej, gdy jedna z matek głośno woła "Ej, nie szarp Ani! Czyje to jest dziecko, kto jest z tym chłopcem?" Ojciec odkłada książkę, zdecydowanym krokiem podchodzi i zaczyna tłuc swojego syna. Ręką w pośladki, wiele razy. Potem wrzeszczy na niego "co zrobiłeś? Przeproś natychmiast!" i dalej tłucze. Wszystkie stoimy jak sparaliżowane (akurat na placu nie ma innych ojców). Chłopiec wyje i próbuje założyć ręce ojcu na szyję - ojciec go po tych rękach bije, a potem także po twarzy. Podchodzi do kobiety, która wcześniej wołała "czyje to dziecko" i pyta "co on zrobił" Ona cichym głosem tłumaczy, że szarpał jej córkę, ale że jego reakcja była przesadzona. Nic nie mówi, zabiera płaczącego syna i wychodzą z placu.
Trwało to może z 7 minut. Żadna z nas nie zrobiła nic. Ja ze ściśniętym gardłem, przytuliłam do siebie Jędrusia, nie mogąc się przełamać, żeby zareagować. W głowie kotłowały mi się potem wszystkie eksperymenty Zimbardo, opowieści o obojętności i wstyd za paraliż, który mnie opanował. Wstyd za to, że oko w oko z czystą agresją zmieniłam się w słup soli.
I trudno mi sobie z tym poradzić. I zupełnie nie wiem, czy gdyby ta sytuacja powtórzyła się, mogłabym cokolwiek w niej zmienić.
Trzeba zacząć od tego, że spędzamy chwilowo czas pod Warszawą. Postanowiłam spenetrować lokalny plac zabaw. Wchodzimy, nogi do piaskownicy, matki od razu podejmują rozmowę - że plac od niedawna, a ten stacje dalej to nawet fajniejszy, że komary, a ile synek ma - miło. Myślę nawet sobie, że to chyba właśnie jest ta społeczność lokalna co się nią zawodowo zajmuję a że u nas - bliżej centrum tej interakcji piaskownicowej jakoś mniej. Wchodzą kolejne osoby, wśród nich ojciec na rowerze z synem w foteliku. Syn biegnie na huśtawki, ojciec wyciąga książkę - jest dobrze zbudowany i ma fajną koszulkę piłkarską. Myślę sobie, że miło tak poczytać.
Gadki nad piachem toczą się dalej, gdy jedna z matek głośno woła "Ej, nie szarp Ani! Czyje to jest dziecko, kto jest z tym chłopcem?" Ojciec odkłada książkę, zdecydowanym krokiem podchodzi i zaczyna tłuc swojego syna. Ręką w pośladki, wiele razy. Potem wrzeszczy na niego "co zrobiłeś? Przeproś natychmiast!" i dalej tłucze. Wszystkie stoimy jak sparaliżowane (akurat na placu nie ma innych ojców). Chłopiec wyje i próbuje założyć ręce ojcu na szyję - ojciec go po tych rękach bije, a potem także po twarzy. Podchodzi do kobiety, która wcześniej wołała "czyje to dziecko" i pyta "co on zrobił" Ona cichym głosem tłumaczy, że szarpał jej córkę, ale że jego reakcja była przesadzona. Nic nie mówi, zabiera płaczącego syna i wychodzą z placu.
Trwało to może z 7 minut. Żadna z nas nie zrobiła nic. Ja ze ściśniętym gardłem, przytuliłam do siebie Jędrusia, nie mogąc się przełamać, żeby zareagować. W głowie kotłowały mi się potem wszystkie eksperymenty Zimbardo, opowieści o obojętności i wstyd za paraliż, który mnie opanował. Wstyd za to, że oko w oko z czystą agresją zmieniłam się w słup soli.
I trudno mi sobie z tym poradzić. I zupełnie nie wiem, czy gdyby ta sytuacja powtórzyła się, mogłabym cokolwiek w niej zmienić.

Po przeczytaniu tej notki serce mi wali...
OdpowiedzUsuńPrzy rodzicu dziecko powinno czuć się bezpiecznie, jak przy nikim innym na świecie, a tu takie coś, ech.
Ta ciemna strona jest w każdym z nas. Może tylko w innej formie. We mnie też jest. Strasznie krzyczę, jak już puszczą mi hamulce.
A co do tej konkretnej sytuacji, to nie wiem, co bym zrobiła, gdybym to widziała na naszym placu zabaw. Nie potrafię przewidzieć swojej reakcji. U nas jest jedna babcia, która opiekuje się trójką wnuków. Nie mogę słuchać, jak się do nich odzywa, jak się na nie wydziera. Za każdym razem mną telepie i mówię sobie, że za chwilę nie wytrzymam i coś jej powiem, a nie mówię...
Po przemyśleniu powiem Ci - wkraczając między wkurzonego ojca, a jego syna (w pojęciu tego ojca - "własność"), mogłabyś zgarnąć i od jednego, i od drugiego w tym konkretnym momencie. Rozmowa ma sens tylko w spokoju i w zaufaniu. Nie wiem, co sam bym zrobił na Twoim miejscu.
OdpowiedzUsuń