Urodzinowy flashback
Miesiąc temu Łucja miała urodziny. Z tej okazji wyprawiliśmy jej przyjęcie. Im dłużej myślę o tym, jak określić przyjętą przez nas konwencję, tym bardziej kołaczą mi się po głowie skojarzenia z imprezami licealnymi. Takimi, jak mówi nasz przyjaciel G., że nie wiesz z kim stoisz w kolejce do toalety. Albo takimi, jak to pamięta A., że otwierasz drzwi a tam Profesor Ciekawski:)
Była niezła zgęstka i niezły harmider. Tych, co przetrwali i się nie zniechęcili zapraszamy serdecznie za rok! Przestępny (!) a więc to dopiero będzie impreza!
P.S. Jak widać poniżej, w każdym wieku najlepsza część imprezy toczy się w kuchni.



Była niezła zgęstka i niezły harmider. Tych, co przetrwali i się nie zniechęcili zapraszamy serdecznie za rok! Przestępny (!) a więc to dopiero będzie impreza!
P.S. Jak widać poniżej, w każdym wieku najlepsza część imprezy toczy się w kuchni.




OK, muszę to napisać...
OdpowiedzUsuńJak fajnie, że ktoś jeszcze urządza dzieciom urodziny w ich własnej, domowej, oswojonej przestrzeni... Bez tabunu animatorów, bez tematu przewodniego, bez klauna i osiołka, bez tego wszystkiego, co przy świętowaniu wysoce zbędne!
Obejrzałam kiedyś zabawny film pt. Motherhood (z Umą Turman - niech Cię nie zwiedzie badziewny plakat!) i poprzysięgłam sobie, że w temacie urodzin M. nie dam się zwariować! Że mogą być właśnie takie, jak w tym filmie, nawet jeśli stanąć będę musiała na głowie... Niech mi nikt nie odbiera przyjemności sprzątania po imprezie i dekorowania pokoju balonami!!! ;-) Uff...
A co najważniejsze - NAJLEPSZE ŻYCZENIA dla Łucji!!!
Hamak mamy taki sam - mówiłam już?