Jak dobrze, że czasem zdarza się weekend

W tygodniu to jesteśmy szarzy jak ten dym, co by zacytować klasyka. Prawda jest taka, że rytm pracowo-domowo-przedszkolny, zmusza nas co rano do odtrąbienia pobudki (wcale nie tak strasznie porannej ale i tak jesteśmy zombie) i wymarszu pełnego pohukiwań. Wieczorem kolejni członkowie rodziny, w zmieniających się konfiguracjach lądują w domu, po to, by zaraz rozpoczynać akcję pacyfikacyjną.

No więc weekend to naprawdę ulga. I choć rzadko tak jest, żeby żadne z nas nie miało nic do zrobienia ("jeszcze tylko poprawię ten raporcik", "jeszcze tylko zawiozę to na Bemowo"), to i tak nasze dzieci wczepiają w nas się z wielką zachłannością na czas i  uwagę. A i my, walcząc z lenistwem oddajemy się z pasją kolejnej rundzie planszówki "Ach te koty".

Ale mamy też już rodzinną tradycję (od dwóch tygodni;) zażywania w niedzielę świeżego powietrza. Ha!

 Patrz, Jędruś, pada śnieg!


Można uznać, że oboje naszych dzieci zaakceptowało uciechy śnieżne (Łucja w czwartej zimie życia, a Jędrek w już drugiej, co daje mu szanse na tytuł rodzinnego Yeti)








Komentarze

Popularne posty