Łóżeczko

do tej pory było meblem zbędnym. A nie, wrzucaliśmy do niego stosy upranych ubrań, które cierpliwie czekały na poskładanie i schowanie w szafie. Ja utwierdzałam w sobie i w innych pogląd, że Jędrek nie chce sam spać w łóżeczku, że mu dobrze na dostawce i z nami w łóżku. I rzeczywiście tak było do czasu, gdy wieczorne zasypianie stało się problemem. Najpierw zaśnięcie przy piersi,po 0,5 h wybudzenie, ponowna próba i tak nam schodziło nieraz do 23.00 Nie było odwrotu - czekał nas trening samodzielnego zasypania. Matki pod każdą szerokością geograficzną dzielą się na zwolenniczki i przeciwniczki "treningu". W najostrzejszej (ale i bardzo skutecznej wersji) polega on na zostawianiu dziecka samego w łóżeczku na parę minut, żeby zajarzyło, że to tyle usypiania i nic więcej się nie zdarzy. Tak zrobiliśmy z Łucją i właściwie aż do dzisiaj zasypia sama (choć ostatnio częściej marudzi, żeby z nią posiedzieć. Przeciwnicy twierdzą, że ta metoda jest okrutna i powoduje wielkie szkody w psychice dziecka. Jak jest naprawdę - nie wie nikt, ale tym razem nie miałam ochoty na ten eksperyment. Postanowiłam spróbować łagodniejszej wersji. Położyłam Jędrka do łóżka i posiedziałam przy nim. Zasnął szybko ale wybudził się po 40 min. Twardo postanowiliśmy go pocieszać w łóżeczku i udało się - odpłynął znowu. Spał do 1.00 (tak jak miał). Zjadł przez sen i dalej spał. Następnej nocy wybudził się dopiero na karmienie. A dziś w dzień, spał ponad 2 h i w końcu postanowiłyśmy go z Łucją obudzić, bo chciałyśmy iść na zakupy:)

Jednym słowem - zuch!

Tylko mi trochę żal, że już nie śpi tak blisko...:) A więc koło 3.00 zgarniam go do nas do łóżka:)

A na zdjęciach - budzimy śpiocha



Komentarze

Popularne posty